powinien wrócić po broń, ale już szedł schodami na górę. Nie zawracał sobie głowy

rodzinnej awantury.
- Ukryła twarz w dłoniach i znowu zaczęła płakać. - Boże, tak strasznie się boję. Nie wiem, co robić. - Opuściła ręce i spojrzała na Santosa bezradnie. - No powiedz, co ja mam teraz robić?
- Bryce? - Przebudziła się, gdy kładł ją na łóżku.
- Raz byłem, mama mnie przyprowadziła. Najpierw jeździliśmy na wszystkich karuzelach, a potem urządziliśmy sobie piknik. Miałem wtedy chyba dziesięć lat i świetnie się bawiłem.
- Bardzo ci współczuję.
- Ostatnia. Resztę zniosłam już do holu.
sobie przez ramię i zaczął schodzić w dół po skrzypiących schodach, w dodatku wąskich, bo
lepszej strony, nie sądzi pani?
- Niczego od ciebie nie oczekuję, Lucienie.
- Poślę cię w takie miejsce - ciągnęła Hope, napawając się przerażeniem córki - gdzie nie będziesz wystawiona na pokusy. Gdzie wiedzą, jak postępować z krnąbrnymi pannicami.
- Możesz mi zaufać. Wiesz o tym, prawda?
- Mamy kłopoty - mruknął niechętnie. – Finansowe kłopoty.
- Hm.
Robert zerknął na przyjaciela.

– Albo na morzu.

- Dobry wieczór, panie St. Germaine, dobry wieczór, panienko - dziewczyna za ladą przywitała ich uśmiechem.
Rodzice zginęli, zostawiając ją z braćmi i młodszą siostrą, którą trzeba było wychować. Musiała im wszystkim zastąpić matkę. Pomyślała, że bardzo tęskni za rodziną, będąc teraz z Bryce'em i jego córeczką.
- Zuchwała z pani kobieta. Nie boi się pani kolejnej przegranej?

- Bezwstydnica - powiedział ochrypłym szeptem, odsunął jej ręce i ściągnął spodnie.

– Już słyszałam. Cały wydział aż huczy od plotek. – Hayes uniósł brew. Wzruszyła
charakterystyczny element LAX.
Bim! Barn!

- Ależ, kuzynie Lucienie, sam mówiłeś, że nie pozwolisz, by mnie zobaczył

– Kocham cię – powtórzył i po raz drugi odpowiedziała mu cisza. Drżała, była rozpalona,
Kolejna kobieta uznała za stosowne dorzucić swoje dwa grosze.
Cholera, nie.